Artykuł w skrócie:

W 2024 roku Jaszczur Podróżnik podjął się pierwszej próby wejścia na pięciotysięcznik. Niestety nasze starania nie zostały jednak wynagrodzone zwycięstwem. Tym razem musieliśmy obejść się smakiem i przyjąć porażkę na klatę.

Wstępnie planowaliśmy wejście na szczyt z firmą w trybie indywidualnym – czyli tylko my i przewodnik. Zmieniliśmy jednak zdanie i zdecydowaliśmy się na grupę otwartą co wpłynęło na dalszy bieg wydarzeń. Ta decyzja kosztowała nas wiele nerwów i zawodów. Co poszło nie tak? Czy warto było wybrać taką opcję?

Przygotowanie do wyprawy

Zanim w ogóle zaczęliśmy myśleć o wyprawach w wysokie góry polataliśmy trochę po mniejszych szczytach w różnych krajach, które odwiedzaliśmy. Nie jesteśmy górskimi wyjadaczami, a nasze wejścia odbywały się głównie podczas wypraw, które robimy raz czy dwa w roku. Pierwsze szczyty zdobywaliśmy w adidasach i bluzie do momentu wypadku w Albanii na Valbona Pass. To zdarzenie popchnęło nas do zrobienia kursu zimowego i rozpoczęcia pogoni za profesjonalnym sprzętem. Dlaczego warto o tym wspomnieć? Dlatego, że zakup ekwipunku na pięciotysięcznik rozpoczęliśmy nieświadomie kilka lat wcześniej. Dzięki temu nie musieliśmy kupować wszystkiego na raz przed wyjazdem. Był czas na testy, było polowanie na promocje, dużo zwrotów i reklamacji. Warto o tym pomyśleć, bo kupienie wszystkiego na raz to pięciocyfrowe uderzenie w portfel 😀 Osobny wpis o pełnym sprzęcie na Kazbek – czyli co jest wymagane i co mieliśmy znajdziecie tutaj.

Przylot do Gruzji

Przygoda zaczyna się w Poznaniu gdzie załadowani sprzętem łapiemy opóźnionego pociąg do Krakowa. Mamy ze sobą 30-kilogramowe torby z wyposażeniem, ciuchami i górą jedzenia. Do tego podręczne plecaki i wysokogórskie buty 😀 Loty do Gruzji na wrzesień kupowaliśmy już w kwietniu. Cena za osobę z bagażem linią Turkish Airlines wyniosła wtedy około 1500zł na głowę. Lot oczywiście odbywa się z przesiadką w Stambule – lotnisko jest duże i oczywiście drogie jak diabli ale na herbatkę w McDonalds jeszcze było nas stać 😀

Trochę jest tego bagażu 😀

W Tbilisi wylądowaliśmy wieczorem. Niestety punkt Magti gdzie można kupić turystyczną i przepłaconą kartę SIM był już zamknięty. Magti to polecany operator który łapie zasięg w obrębie Kazbeku i nawet na jego szczycie, który przypominamy – jest granicą między Gruzją, a Rosją. Pozbawieni Internetu musieliśmy zamówić transport korzystając jeszcze z lotniskowego WiFi. Tutaj trzeba uważać na scam, bo oczywiście jesteśmy osaczeni naciągaczami, którzy chcą nas zawieźć za 1000% ceny – na przykład 150 Lari. Cena na Bolcie wynosiła około 30.

Cel – Gruzja
Przesiadka w Stambule

Bolt oczywiście pomylił nazwę hotelu i zostawił nas w przypadkowym punkcie w Tbilisi, a dokładnie przy samym Meidan Bazar 😀 Pozbawieni sieci pytaliśmy o drogę jednak nikt nie słyszał o takim noclegu. W końcu udało nam się wyznaczyć kurs i z 30-kilogramowymi tobołami drałowaliśmy akurat pod górkę w stronę hotelu, który znajdował się gdzieś tutaj. Nerwów było co nie miara ale teraz pozostało śmieszne wspomnienie. Nasza mini podgrupa liczyła 4 osoby i taki też pokój udało nam się zarezerwować – była to prywatna kwatera w prostym standardzie. Ceny hoteli w Tbilisi w tamtym czasie były bardzo przystępne.

Punkt Magti na lotnisku w Tbilisi
Wesoły Bolt z lotniska do centrum

Następny dzień mieliśmy na szczęście wolny. Specjalnie polecieliśmy wcześniej żeby zniwelować potencjalne opóźnienie lotu czy jakiś losowy wypadek. Polecamy takie rozwiązanie zarówno na przylocie jak i odlocie – o czym dowiecie się na samym końcu artykułu.

Wieczór zakończył się pierwszym chaczapuri i winem w pobliskiej restauracji Maspindzelo. Po takim wysiłku i tylu nerwach to była jedyna, słuszna decyzja.

Dzien w Tbilisi

Luźny dzień to także szansa na dopięcie innych spraw. Mogliśmy na spokojnie kupić kartę SIM, wymienić kasę w kantorze, który nie oferuje lotniskowych cen. Z racji, że nasz wyjazd nie kończył się na Kazbeku mogliśmy też poszukać lokalnie auta na wynajem (taniej niż w polskich firmach) czy spróbować jedzenia, które weźmiemy potem ze sobą. Oczywiście wcisnęliśmy też sporo zwiedzania mając na uwadze, że już może nie być potem na to czasu 😀 Na opowieść o Tbilisi zapraszamy do osobnego artykułu.

Pierwsza aklimatyzacja na Sadzele i dojazd do Kazbegi

Wpychamy gruzińską bułę i pakujemy się do Bolta, który zawozi nas pod charakterystyczny punkt “I love Tbilisi”. Tutaj czekał już na nas autobus wypchany całą grupą, która liczyła 34 osoby. No prawie całą, bo oczywiście czekaliśmy na jakichś spóźnialskich. Nie przywykliśmy do tego podróżując we dwójkę. Bagaże pojechały osobnym vanem. Poznajemy innych świrów, którzy nie mają co robić z życiem więc jadą spać w namiocie pod górą i pić wodę z lodowca. Część śpi, część nie przestaje gadać. Za oknem niestety ponuro, ciężkie chmury zwiastują deszcz ale nie ma się co łamać! Wszyscy są w bojowym nastroju.

Leja przebiła nas z bagażem

Po kilku godzinach zatrzymujemy się w restauracji na kawę i posiłek. Nie ma wiele czasu, panuje dosyć napięta atmosfera. Na szczęście udało się wciągnąć gulasz i wypić herbatę. Restauracja chyba współpracuje z firmą i jest przygotowana na nagły atak ponad 30 osób. Niestety nie pamiętamy jej nazwy. Ciepły napój dobrze nam zrobił, bo kilkanaście kilometrów dalej zbieraliśmy się już na Sadzele. Wyciągiem doturlaliśmy się do punktu początkowego. Podróż była owiana mrocznym krajobrazem. Szykowało się ciekawe wejście na 3300, bo właśnie dogoniła nas ulewa. Od razu w ruch poszły hardshelle i gore-texowe spodnie. Szybki test bojowy 😀

Przystanek na chaczapuri

Cała grupa ruszyła gęsiego na szczyt. Droga na Sadzele jest strasznie wymagająca pod względem patrzenia pod nogi 😀 Cały czas wspinamy się nierównymi, ostrymi kamieniami i głazami. Każdy krok wymaga uwagi – zwłaszcza w deszczu. Choć nie robimy tutaj wielkiego przewyższenia i dystansu to cały czas panowała dziwna atmosfera pośpiechu i popędzania co trochę przeszkadzało w spokojnej wspinaczce. Ramy czasowe musiały się spinać.

Gotowi na Sadzele!

Finalnie nie doszliśmy na szczyt – dookoła wisiało mleko, a deszcz nie ustawał wiec zadecydowano o postoju. Zatrzymaliśmy się całą grupą w jednym punkcie i po około 15 minutach zaczęliśmy schodzić. Akcja aklimatyzacyjna nie trwała tyle ile planowano, a wszystko przez wyciąg, który jechał już ostatni raz tego dnia. W tym momencie dopadło nas opóźnienie, które złapaliśmy w Tbilisi. Szkoda było jedynie przemoczonych już butów 😀

Widoczność świetna 😀
No i jesteśmy na szczycie (chyba)

Przydział noclegów i kolacja

Dojechaliśmy do Stepancmindy gdzie czekały już na nas nasze bagaże. Następnym etapem był podział pokoi między uczestników. Nasza mini grupa była mieszana – 2 Jaszczury i 2 Jaszczurini. Wiedzieliśmy, że nie dostaniemy 4-ki (choć kilkukrotnie wyrażaliśmy chęć z dziewczynami na wzięcie 4 osobowego pokoju) więc czekaliśmy grzecznie na dwie dwójki. Dziewczyny dostały pokój na początku, a ku naszemu zdziwieniu dla nas pokoju… zabrakło. Żeby być precyzyjnym – nie było miejsca dla 4 osób. Zaczęliśmy mieć podejrzenia, że firma na ostatnie wyjście tego roku przyjęła większą grupę niż zaklepano miejsc noclegowych. Nie dowiemy się jednak nigdy ile w tym prawdy. W dosyć niemiłych tonie zapytano nas czy “mają kogoś usunąć z pokoju” żeby dać nam 4 lecz machnęliśmy już na to ręką żeby nie stać się “tymi złymi” na samym starcie. Mimo wszystko poczuliśmy się źle potraktowani i odseparowani od otwartej grupy, do której dołączyliśmy żeby “było raźniej”.

Testowanie sprzętu przed wyjściem

Zorganizowano dla nas miejsce w osobnym hotelu. My i dwóch innych nieszczęśników trafiło do domku oddalonego jakieś 10-15 minut dalej. Dostaliśmy pokoje dwuosobowe, a do tego dzielił nas duży salon. Firma miała podjeżdżać po nas autem jednak tego dnia już na kolację musieliśmy iść na piechotę. Oczywiście nie straszne nam chodzenie – po prostu to nie było fair i cały czas czuliśmy się jak wyrzutki. Zwłaszcza, że kolacja zaczęła się przed czasem, o czym nikt nam nie powiedział.

Nikt nie wyszedł głodny

Uczta przebiegła w fajnej atmosferze – każdy miał chwile żeby powiedzieć o sobie parę słów i podzielić się swoim największym, górskim osiągnięciem. Na tamten moment naszym podbojem numer jeden było rumuńskie Moldoveanu, czyli 2567 metrów. Szybka odprawa, spacer do hotelu, porządki w bagażu i do spania! Przykrym elementem kolacji był widok odosobnionego stolika z 4 gośćmi hotelowymi, którzy to właśnie zajmowali nasze miejsca.

Aklimatyzacja – Góra Anioła

Następny dzień zapowiadał się świetnie – pogoda wróciła, a ogromne śniadanie tylko dla naszej czwórki sprawiło, że nie patrzyliśmy już posępnie na hotelowe niedogodności. Może nawet wyszło nam to na dobre – kto wie? Przygotowani według instrukcji wsiedliśmy do busów i ruszyliśmy w stronę Góry Anioła. Szlak zaczyna się we wiosce Sno i początkowo (z rana) nie wiedzie po słonecznej stronie. Wystarczyło jednak pokonać parę pierwszych wzniesień zeby wejść w przyjemne, poranne promienie.

Nasze śniadania w pobocznym hotelu
Gęsiego na Górę Anioła
Humory dopisują, bo pogoda dopisuje

Droga na szczyt prowadzi przez rozległe zbocza porośnięte trawą lub kwiatami. Z racji na jesienną porę nasz krajobraz był mieszanką zielonych i żółtych traw, które pochylały się na wietrze jak fale na morzu. Z daleka wyglądało to bardzo delikatnie – jakby góra porośnięta była przyjemną wełną 😀

Łukasz pełna moc
Morze trawy!
Ocean trawy!
Góry mają meszek 😀

Grupa szła gęsiego i starano się na nas wymusić równe tempo, co znowu tworzyło dziwną atmosferę pośpiechu. Rozumiemy, że to względy bezpieczeństwa jednak błędnie założono, że wszyscy będziemy gonić pierwszą osobę, która jak się okazało całkiem nieźle zasuwa. Przypominamy też, że pierwszy raz byliśmy na zorganizowanym wyjeździe i strasznie nas kłuło, że ktoś nas ogranicza lub popędza. Nie przywykliśmy do tego. Przez ciągłą gonitwę zaczęły się tworzyć podgrupki i krążyć szepty o tym kto chodzi wolno, a kto szybko. Całkowicie niepotrzebnie, bo presja otoczenia robi swoje i człowiek zaczyna czuć się gorzej niż inni. Nawet przerwa nie mogła przebiec w miłej atmosferze, bo z jednymi się śmiano, a drugich pośpieszano nawet przy wiązaniu buta.

Wejście na szczyt Góry Anioła (3096m) wynagrodzone jest epickim wręcz widokiem na Kazbek. Dopiero patrząc na niego z tej perspektywy doznajemy szoku i dociera do nas jaka to jest ogromna góra i jak dumnie wznosi się nad okolicznymi szczytami. Nie dociera do człowieka, że zaraz spróbuje tam wejść, a to “tylko” 5000 metrów! Jak muszą zatem wyglądać 8-tysięczniki? 😀 Krajobraz jest naprawdę spektakularny. Dodatkowo zostaliśmy wynagrodzeni pełną lornetą – widoczność wręcz kozacka. Na szczycie spędziliśmy dobre pół godziny. Był czas na zdjęcia i podziwianie – zarówno Kazbeku jak i położonej pod nami Stepancmindy.

Jest i on – Kazbek
W tle Stepancminda

Zejście przyniosło niespodziewane problemy. Łukasz zaczął trochę zawodzić (niefortunne otarcie od buta) i zwolnił tempo żeby się nie zajechać. Solidarnie trzymaliśmy się na samym końcu i spokojnie dreptaliśmy w dół. Grupa nas znacznie wyprzedziła, a wręcz zbiegała na dół. Cały czas w niemiły sposób wywierano na nas presję, że musimy przyśpieszyć. Według firmy wejście i zejście planowane jest na 8-9 godzin przy czym niektórzy już w 7 czekali na dole. Z nami został inny przewodnik i naszym tempem, w atmosferze ciszy zszedł do końca szlaku. Z tego wszystkiego już oboje nabawiliśmy się otarć i już byliśmy nabuzowani złym nastawieniem.

Teraz jeszcze zejść 🙁

Zakupy i odbiór sprzętu

Druga część dnia przeznaczona była na ostatnie zakupy i przygotowania. Spod Góry Anioła bus podrzucił nas do siedziby firmy gdzie wypożyczyliśmy elementy wyposażenia, których sami nie braliśmy z Polski. W naszym przypadku były to maty i śpiwory. Tutaj również można było zakupić gaz, a następnie wybrać się do pobliskich sklepów po świeży chleb na akcję górską. Niestety firma potrąciła za wynajem więcej niż w cenniku. Dlaczego? Nie wiemy i nie wnikaliśmy 🙂

Ostatnie zakupy przed wyjściem w góry

Popołudniu każdego z nas odwiedził lider robiąc obchód i sprawdzając sprzęt każdego uczestnika. Jeśli coś się nie nadawało na pięciotysięcznik – trzeba było kombinować. Jaszczury na szczęście ściśle trzymały się wytycznych i wszystko zostało zatwierdzone.

Niestety Łukasza trochę ścięło po Górze Anioła i pojawiły się małe problemy zdrowotne. Prawdopodobnie przycisnęła go wysokość. Na szczęście odpoczął chwilę i wrócił do żywych 😀

Na koniec dnia odbyła się kolacja (na którą musieliśmy znowu iść sami po całym dniu łażenia choć pytaliśmy się czy po nas przyjadą jak zapowiadano – usłyszeliśmy, że nie ma na to czasu) i uroczysta odprawa, bo jutro zaczynało się to na co wszyscy czekali. Tego wieczoru zorganizowano też pokazy z lepienia chinkali – gruzińskich pierożków 🙂

To nie takie łatwe jak się wydaje!

Początek wyprawy – wyjście spod kościółka

Nastał wielki dzień! Pobudka, solidne śniadanie, ostatnie szlify, pakowanie, ważenie bagażu i odjazd! Według wytycznych duża torba nie mogła mieć więcej niż 30 kg. Ten ładunek, razem z namiotami transportowały za nas konie. Sami na plecach nieśliśmy resztę bagażu – czyli to co było nam potrzebne na spędzenie pierwszej nocy w namiocie plus sprzęt na kolejny dzień. Nasze plecaki zaważyły około 15 kilogramów i to był kolejny element, którego nie przewidzieliśmy. Nigdy nie nosiliśmy tyle na plecach podczas naszych wypraw. Nie ukrywamy, to był lekki szok. Do tego wypożyczony śpiwór przypominał bardziej małą bombę wodorową i nie dało się go porządnie przytroczyć. Kiepsko to wyglądało i kiepsko wisiało na plecach.

Bagaż zapakowany tragicznie

Przygoda zaczęła się pod Cminda Sameba, czyli sławnym kościółkiem Świętej Trójcy. Pogoda nie rozpieszczała. Od razu owijaliśmy plecaki workami, które jeszcze bardziej denerwowały 😀 Do tego porządnie wiało. Nie ma lekko, trzeba ruszać! Na początku tempo było przyjemne. Ciężar dawał się we znaki zwłaszcza w drugim etapie, bo trasa wymagała od nas wysokich kroków. Grupa szła gęsiego i w pewnym momencie znowu ktoś odpalił swoje tempo przez co zaczął się robić ogon – wiecznie popędzany. Humor poprawiało wychodzące zza chmur słońce.

Zaczynamy naszą przygodę
Ekipa załadowana po pachy
Nasz duży bagaż właśnie nas wyprzedził
Zostawiamy Stepancmindę za plecami

Doszliśmy do punktu Cafe 360 gdzie zrobiliśmy drugą przerwę. Stąd był już tylko kawałek do pola namiotowego. Widok robił coraz większe wrażenie. Przy okazji komuś się oberwało za oparcie kijków o kapliczkę 😀

Docieramy do Cafe 360
Komuś się za to oberwało!

Noc obok Alti Hut

Gdy dotarliśmy pod Alti Hut wszyscy rzucili się do szukania najlepszego miejsca na obóz. Trwała walka o prosty ląd 😀 Następnie zaczęto rozdawać nam namioty – jeśli ktoś nie miał swojego (tylko jedna dwójka niosła prywatny namiot). Okazało się, że nie wszystkie są takie same. Część osób dostała namioty nowe, a część stare. Nam trafił się ten stary. Dodatkowo do kolejki po odbiór ustawiliśmy się pierwsi – a namiot dostaliśmy na końcu.

Pole namiotowe pod Alti Hut

Naprawdę nie robiło nam różnicy jednak kolejny raz zaczęliśmy odczuwać nierówność – skoro wszyscy zapłacili tyle samo to dlaczego ktoś ma mieć inne warunki? Albo wszyscy śpią w starych albo w nowych. Nie ma miejsca na podwójne standardy i wybiórcze traktowanie, a tym bardziej na przekonywanie uczestników, że te starsze są lepsze. Chyba w tym momencie przestano nas lubić, bo o wszystko się ciągle spinaliśmy 😛

Już czeka!
Ciasne ale własne 😀

Rozbiliśmy namiot trochę na uboczu i wciągnęliśmy pierwszego liofilizata. Początkowo znaleźliśmy miejsce z kumpelami na wspólny obóz ale zabrano je “na lepsze miejsce. Nas już nie oczywiście 😀 Następnie odbyła się odprawa w Alti Hut. Po wejściu do środka od razu żałowaliśmy, że nie dopłaciliśmy do noclegu w schronisku… Serio, warto! Pamiętajcie, że jeśli śpicie w namiocie to możecie i tak skorzystać z łazienki w Alti Hut. W trakcie zebrania zapytano nas przy wszystkich czy jeszcze jesteśmy naburmuszeni, że mamy stary namiot i czy komuś mają zabrać żebyśmy nie marudzili. Może to były gruzińskie żarty, a my mamy kij w dupie ale nie było to kulturalne i postawiono nas w niekomfortowej sytuacji.

Noc przyniosła jeszcze więcej niespodzianek. O ile Norbert czuł się na 100% tak Łukasz zjechał do 0% żywotności. Wysokość wygarnęła mu fatality z półobrotu. Jeden cios i nie ma człowieka. Rozpoczęła się więc akcja szukania pomocy… I zonk, bo nikt na odprawie nie dał znaku w którym namiocie śpią liderzy z apteczką. My sami także o tym nie pomyśleliśmy żeby taką informację uzyskać. Norbert zasugerował niestety obudzenie całego pola – czyli po prostu krzyknąć gdzie kto śpi. Łukasz poszedł jednak do Alti Hut z pytaniem o pomoc, bo tam spali kolejni liderzy. Niestety schronisko zamyka się na noc i jedyne co mogliśmy zrobić to walić do drzwi. Nikt nam nie otwierał. Nikt nie odbierał telefonu do obiektu. Łukasz zdążył w międzyczasie wyzionąć ducha w każdy możliwy sposób i wyglądał już jak zombie. W końcu nam otworzono po telefonie do właściciela obiektu, który początkowo nie był oczywiście zadowolony, że dzwonimy. Niestety Łukasza zdążyło już zjeść, przemielić i wypluć trzy razy. Reszte nocy spędził w Ali Hut, a następnego dnia zakończył swoją przygodę z Kazbekiem 🙁

Żegnaj Łukasz

Na placu boju został Norbert, który jeszcze za dnia komunikował, że doskwierają mu otarcia po Górze Anioła i czy coś można zadziałać z magicznej apteczki. Skończyło się jednak własnym plastrem Compeed.

Przejście lodowca Gergeti

Szybka pobudka, zwijanie namiotu, śniadanie z paki, odprawa i ciśniemy dalej. Jeden Jaszczur dalej walczy. Ruszyliśmy spod Alti Hut w stronę lodowca Gergeti. Z racji na otarcia nie zamierzałem szarżować. Niestety znowu skończyło się gonieniem grupy – wraz z kilkoma innymi uczestnikami. Tempo zamiast nadawać najwolniejszy (nie byłem to nawet ja) to nadawał najszybszy. To się już nie kalkulowało na starcie, bo konkurowaliśmy z ludźmi, którzy dosłownie biegają po Tatrach w ramach rozrywki. Nie było co ukrywać, że przy nich byliśmy lamusami natomiast swoim tempem zdobyliśmy każdą górę, której się podjęliśmy. Nie zapisywaliśmy się na wyścig tylko grupę otwartą.

Przekroczyliśmy punkt graniczny z Rosją i po chwili byliśmy już pod lodowcem. Na pokład wjechały raki i ciężkie buty dzięki czemu plecak trochę zelżał 😀 Uff! Lider wyprawy podszedł do mnie i kazał mi iść na początek grupy. No i fajnie, dostosowano w końcu tempo do kogoś kto nie szarżuje. Szkoda tylko, że odbyło się to już w atmosferze przymusu i ciągłego patrzenia czy dalej idę. Jednocześnie inni uczestnicy byli wdzięczni, bo dużo osób nie chciało się przyznać, że leci zasapana na 120% swoich sił – żeby tylko nie robić problemów sobie i organizatorom. Zresztą ukrywano też nocne wymioty i poobcierane palce w 10 plastrach.

W stronę lodowca Gergeti
Wydaje się łatwe
Ale ciągnie się bez końca

Przejście lodowca trwało jakieś 51 lat. Wydawało się, że ten płat lodu nie ma końca. A może to po prostu moje ślimacze tempo? 😀 Mimo wszystko starałem się równo trzymać krok i nie zatrzymywać ani na chwilę. Zadziałała presja otoczenia. Oprócz długości lodowiec nie jest specjalnie trudny do pokonania. Oczywiście cały czas jest szansa wpadnięcia w szczelinę 😀 Poza tym idzie się gładko.

Tutaj schodzimy znowu na grunt

Denerwujące jest bardziej to, że po lodowcu czeka nas jeszcze wspinaczka do Meteo 😀 Znowu wysokie kroki po stromym zboczu. Tutaj przeniesiono mnie już na koniec grupy. Przyjąłem więc swoje tempo z racji na coraz bardziej obtarte palce i wraz z kilkoma osobami wchodziłem kawałek za resztą.

Życie w bazie Meteo

Dotarliśmy na 3600! Udało się dojść do stacji Meteo gdzie znajduje się baza wyjściowa na szczyt. Tutaj też organizm przechodzi kolejny test wytrzymałości. Zarówno pod względem wysokości jak i samego przetrwania – zwłaszcza jeśli ktoś wcześniej nie nocował w takiej bazie (tak jak my). Na szczęście Jaszczur szybko się dostosowuje do każdych warunków.

Z racji, że zostałem bez pary przydzielono mnie do kogoś innego żeby dzielić jeden namiot. Stacja Meteo w 2024 oferowała kilka opcji noclegowych. Jedną z nich było spanie w samym budynku bazy, który jest w stanie raczej bliższym do ruiny 😀 (mimo tego żałowałem, że tam nie śpię ze szczurami, bo najnormalniej nie wiało). Druga opcja to oczywiście namiot. Aktualnie w 2026 zbudowano domki posiadające ogrzewanie, łazienkę i kuchnię.

Nasza baza pod Meteo – teraz trzeba wszystko wypakować
Tyle lodowca przeszliśmy

Jak wygląda życie w Meteo? Swój tymczasowy dom rozbijamy w przygotowanych wcześniej spotach. Poprzednicy zadbali o to żeby ułożyć kamienne kręgi zasłaniające wiatr. To strasznie pomocne, bo stacja jest totalnie odsłonięta i dudni niemożliwie sypiąc jednocześnie piach do oczu, namiotu, wody i jedzenia. Po powrocie przez tydzień leci piach z nosa 😀 W Meteo funkcjonuje sklepik i bar ale jedzenie w tym miejscu niesie wysoką szansę zatrucia. Można za to kupić awaryjną wodę jeśli zmęczy nas ciągłe gotowanie tej lodowcowej.

Który kamień wybierasz na łazienkę? 😀
Stąd wieje piachem

Jeśli o samą wodę chodzi to we wrześniu nie trzeba było topić śniegu. Działały dwa “ujścia” poprowadzone wiekową rurą. Jedno – na wprost stacji było bliżej namiotu lecz zawierało więcej syfu, czyli po prostu kamieni. Drugie było nieco dalej ale woda płynęła nieco czystsza. Tak czy siak po przegotowaniu tworzył się osad, który trzeba było pilnować żeby nie wylądował w napoju lub jedzeniu.

Stacja Meteo to po prostu urbex

Dzień w Meteo mija na piciu i sikaniu. Nie ma co owijać w bawełnę. Żeby lepiej znieść wysokość trzeba pić przynajmniej 5 litrów dziennie. Im więcej tym lepiej. W ruch idą wszelkie herbaty, ziółka, elektrolity. Bez przerwy opróżnia się i napełnia butelki dlatego dobrze jest rozplanować bagaż z myślą o cyrkulacji wody 😀 o czym piszemy w artykule dotyczącym sprzętu.

Łazienka jest za tym kamieniem za którym czujemy się wystarczająco swobodnie, a przy okazji nie przewiewa nam nerek 😀 Fajnym patentem było trzymanie przy karimacie zestawu awaryjnego – czyli osobnej kosmetyczki na właśnie takie wyjścia, zwłaszcza te w środku nocy. Dla odważnych istnieje osławiony już wychodek 😀 Nie mieliśmy psychy żeby tam iść.

Ujście wody pod Meteo

Noce w namiocie są zimne i ciasne. W przedsionku stoi wielki bagaż. We wnętrzu mieszczą się na styk dwie karimaty. Chłód zabijamy termoforem z butelki i staramy się spać ile wlezie. Sen przerywa często słuchanie jak ktoś obok wymiotuje 😀 Apetyt spada ale pakujemy w siebie liofilizaty i kalorie. Nie ma miękkiej gry!

Sam budynek Meteo jest zapuszczony, brudny i wiele już w życiu widział. Mimo wszystko następnym razem zdecydował bym się na spanie ze szczurami i na śmierdzących materacach. Dlaczego? Grube mury chronią przed wiatrem i mimo wszystko jest tam trochę cieplej. Można też usiąść w prowizorycznej kuchni i nie jeść ciągle na kamieniu bądź stojąc obok namiotu. Za nocleg w Meteo trzeba odpalić trochę gruzińskich goldenów.

Aklimatyzacja na 4100

Kolejny dzień przynosił kolejne wyzwania. Pomimo potężnych otarć przez które naprawdę ciężko się chodziło (co ciekawe, otarły mnie sprawdzone, rozchodzone już buty) zdecydowałem się podjąć próbę aklimatyzacji na 4100. Głównie dlatego, że poza tym czułem się świetnie i naprawdę w skali tego co działo się z innymi uczestnikami mnie tylko lekko pobolewała głowa. Na całą akcję Kazbekową wziąłem łącznie 1 Apap gdzie inni pakowali całe listki tabletek. Na szczęście mój kompan z namiotu też czuł się dobrze. Twardy gość. Pozdrawiam.

Wchodzimy na 4100

Trudy wspinaczki na 4100 każdy znosił po swojemu ale grupa szła równo. Razem z innymi osobami, które miały wolniejsze tempo trzymałem się trochę z tyłu i uważnie stawiając stopy piąłem się do góry. Nie chciałem się dobić, bo czułem, że to nie jest już zwykłe otarcie, a plastry Compeed żadnej “drugiej skóry” nie utworzyły 😀 Finalnie, parę minut po głównej grupie dotarliśmy na 4100. Naprawdę byłem z siebie dumny i czułem, że wbiję się na ten Kazbek za mnie i za Łukasza.

Widok na lodowiec z 4100

Na zejściu spotkała mnie niestety niemiła sytuacja. Podszedł do mnie jeden z przewodników i wprost powiedział, że nie biorą mnie na atak szczytowy, bo za wolno chodzę i nie zmieszczę się w okienku czasowym na wejście i zejście. Zrujnowało to moje morale i chęć do dalszej współpracy. Momentalnie. Nie kłóciłem się nawet ani nie walczyłem. Po prostu powiedziałem “okej” i przyjąłem do wiadomości. Od razu wkręciłem sobie, że może mają racje. W końcu się znają. Do tego mam rozwalone palce i pewnie nie ma sensu iść. Pomijając już sposób przekazania informacji po prostu się poddałem.

Pełna moc – organizm dobrze przyjął wysokość

Czy słusznie? Nie wiem. Wiem jednak, że czułem się dobrze, a cena jaką zapłaciłem była za podjęcie próby wejścia, a nie za wejście. To po prostu była zwykła odmowa wykonania usługi w moją stronę. Rozumiem, że wolne tempo niesie ryzyko jednak to nie ja byłem wolnym ogniwem w tej grupie. Oprócz mnie było jeszcze parę osób, które po prostu szły swoim tempem. Do tego jeden uczestnik faktycznie był wolny, bo docierał poł godziny po grupie, a nie 2-3 minuty jak inni. Nie zapytano mnie czy chcę podjąć próbę tylko postawiono przed faktem dokonanym, że nie idę i to jest ich decyzja.

Meteo na tle lodowca jest malutkim punkcikiem

Przygotowanie do wyjścia i atak szczytowy

Mimo wszystko kazano mi wziąć udział w szkoleniu przed atakiem szczytowym co już niechętnie uczyniłem. Oczywiście w głowie miałem już masę teorii spiskowych, bo czemu by nie. A może nie mieli tylu przewodników na zbyt dużą grupę i musieli kogoś systemowo zatrzymać? A może coś innego? A może mają rację? Sumując wszystkie niemiłe sytuacje byłem po prostu zły i zniesmaczony. Humor poprawiał tylko fakt, że komuś ten “nowy” namiot cały przeciekł. Może faktycznie starsze były lepsze? 😀

Z racji, że byłem już zwolniony ze służby pozostało mi tylko patrzeć jak inni się szykują na akcję górską. Było to całkiem zabawne, bo cały czas czułem się świetnie, a ekipa po 4100 składała się równo na wysokościówkę. Nikt się oczywiście nie przyznawał – tak jak do 20 plastrów na rozwalonych stopach i podmianie odzieży na taką jak się podoba, a nie jaka jest wymagana. Może też trzeba było być cwaniakiem, a nie tym uczciwym? Kto tam wie! To wszystko na zawsze pozostanie zagadką i opowieścią.

Bezpieczny Kazbek

Warunki na atak szczytowy były perfekcyjne. Od rana pełne słońce. Krzątałem się bo bazie oczekując pierwszych zwycięzców. W końcu po wielu prośbach zajęto się moimi otarciami i z racji braku laku pozwolono pójść do polskiej stacji ratowników Bezpieczny Kazbek. Nie można samemu się tam udać bez zgody lidera.

Ekipa zdjęła moje zdechnięte plastry ze zjechanych palców i mogłem umyć stopy pod normalnym prysznicem. Nie wyglądało to fajnie, bo nie miałem kawałka skóry. Po założeniu porządnych opatrunków mogłem jednak normalnie, komfortowo chodzić. Wtedy dopadł mnie żal i złość, bo mogłem teraz walczyć o pięciotysięcznik. Wystarczyło słuchać i rozmawiać, a nie zakazywać. Za udzieloną pomoc podziękowałem kabanosami, a na koniec oddałem swój gaz do kuchenki.

Łącznie z bazy nie wyruszyło jakieś 5-6 osób. Około godziny 12:00 pierwsze grupy wróciły już ze szczytu i zameldowały w Meteo. Inni o tej porze dopiero stawali na Kazbeku. Jednym poszło gładko. Inni przeżyli katorgę i stracili tam kawałek godności. Jak byłoby ze mną? Mogę tylko gdybać 🙂 Wiem natomiast jedno – moim skromnym zdaniem dałbym radę. A nawet gdyby złożono jedną, wolną trójkę i nawet jakbyśmy przeszli 1/3 drogi i już musieli się wracać – powinniśmy mieć swoją szansę za która zapłaciliśmy. Zwłaszcza, że zdanie “tempo będzie dostosowane do najwolniejszego” padło nie raz.

Powrót do Stepancmindy i uroczysta kolacja

Z racji, że nie byłem zmęczony atakiem szczytowym, czułem się świetnie, a otarcia nie doskwierały po zmianie opatrunków stwierdziłem, że dla zabawy podkręcę tempo i pierwszy zszedłem pod kościółek 🙂 Od tak, żeby coś sobie udowodnić.

Wieczorem czekała na nas uroczysta kolacja, gruzińskie śpiewy i tańce. Czekał też Łukasz który wrócił do życia 😀 nie mieliśmy nastroju na świętowanie, a usilnie próbowano nas przekonać, że było super. Więcej frajdy dało nam granie w Uno na chodniku 🙂

Kolejne 51 lat przez lodowiec
Żegnaj Kazbeku!

Po powrocie do hotelu czekało na nas coś znacznie lepszego. Resztę pokoi zajęła grupa z Armenii. Od razu nawiązuje się przyjaźń! W momencie wysprzęglamy się z całego zapasu polskiego alkoholu. Druga strona wrzuca do puli wszelakie przekąski. Cuda się dzieją, kontakty wymienione, szybki kursi armeńskiego zaliczony 😀 Właśnie tak wyobrażaliśmy sobie grupę otwartą.

Jaja ze zwiedzaniem

Nadszedł czas na opuszczenie Stepansmidy. Wyprawa miała się skończyć zwiedzaniem Gruzińskiej Drogi Wojennej z przystankami. Specjalnie wyrzuciliśmy te punkty z planu, bo już mieliśmy mieć odhaczone. Większy priorytet miało jednak to, że jedna osoba zaklepała sobie samolot za parę godzin i cała grupa musiała na strzała jechać do Tbilisi. Nikt nie widział w tym problemu oprócz nas. A może to my byliśmy problemem? Tak czy siak to właśnie mieliśmy na myśli na samym początku artykułu – żeby nie planować przylotu i wylotu na styk. Organizatorzy nie zapytali czy jesteśmy zainteresowani zwiedzaniem i założyli, że nikt zainteresowany już nie jest. W końcu jakiś czołowy śmieszek musiał zasuwać na samolot 😀 PS. Wspólne zwiedzanie Tbilisi również było w planie i nawet nie musicie pytać czy się odbyło!

Podsumowanie

Co tu dużo mówić. Wyszło jak wyszło. Finalnie nie podjęliśmy żadnych kroków, reklamacji, konfrontacji czy czegokolwiek. Może tak właśnie miało być? Może czekało na nas jakieś niebezpieczeństwo? A może tak naprawdę nie byliśmy na to gotowi? Może firma miała rację? A może my? To wszystko pozostanie bez odpowiedzi, a teraz… możemy jedynie wyrazić nasze personalne odczucia i wersję wydarzeń 🙂 Łukasz nie podołał pod względem przygotowania. Norbert czuje się po prostu oszukany. Wiemy jednak jedno – nic nie dzieje się przypadkiem. Nie udało się – trudno. Góra nie ucieknie. Pozostaje jedynie lekcja aby następnym razem wrócić silniejszym lub głośniej krzyczeć o swoje. Wniosek pozostaje jeden – indywidualna wyprawa jest znacznie lepsza 😉 Jedyne czego możemy żałować to to, że zrobiliśmy tak mało zdjęć. Ahoj przygodo!

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie będzie publikowany. Wymagane pola oznaczone są *